Libia cz. 3

Translate to ENGLISH

A oto jak przebiegała podróż…
Ostatnimi czasy skromny narrator tej opowiastki jakimś zbiegiem okoliczności przebywał w kraju mlekiem i piwem płynącym (czytaj: Polska), ale trzeba było wrócić do rzeczywistości, czyli zakonu braci libijskich.
A więc kontynuując… czuje się w obowiązku przelać na papier te tony wrażeń z podróży oraz unikalnego – i mając nadzieje jedynego – pobytu w hotelu w Trypolisie. Niestety kontakt z bohaterami naszej „wspaniałej” opowieści przez ostatni czas można uznać za niebyły, dlatego też komisyjnie postanowiono zastosować tak znaną technikę „grubej kreski” i o nich nie wspominać.
Sama podróż była jedyna w swoim rodzaju – jak do tej pory. Pogoda na ziemi słoneczna, widoczność jakieś 30 km. Przelatując nad Alpami szwajcarskimi znowu się w nich zakochałem…była nawet przydłuższa chwila, gdzie mroczna strona mocy szeptała, aby porwać jakiś spadochron od obsługi samolotu i skoczyć – tylko jakoś deski brakowały by pozjeżdżać po szczytach Alp. Poza tym skoki z 10 km tzw. HALO (high altitude low opening) zawsze były jedną z czynności do wykonania przed zejściem z tego padołu jakie narrator ma na swojej długiej liście – niestety do GROMU nie przyjmują :). No cóż, chwila przeminęła i czar prysł – jak to zwykle w bajkach.
No tak…a może by się tak przyłączyć do Sił Wyzwolenia Korsyki – pomyślał narrator przelatując nad tą mulatką wysepką. Tu znowu odezwała się romantyczna dusza Polaka, który będzie walczył „za wolność” inna niż swoja i podłóg starego powiedzenia „Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze” skończy się to w znany wszystkim sposób. Półwytrawne czerwone jak zawsze podziałało jak balsam na umęczone ciało i duszę.
Na lotnisku docelowym przygód część dalsza, mała bójka dwóch taksówkarzy o skromne finanse narratora. Jednakże tajemnicze słowo „Bolanda” rozwiązało problem i oddaliłem się w kierunku bliżej nieznanym – gdyż kierowca nie mówić po angielsku, a arabski narratora jest nad wyraz skromny. Tak więc, gdy zatrzymaliśmy się przy czymś wyglądającym jak hotel promienny uśmiech rozświetlił twarz narratora, gdyż już wiedział, że zasmakuje nocnego życia stolicy. Po wstępnych formalnościach jak znikąd pojawił się odźwierny (tak tak tylko Murzyni mają taki prestiż społeczny – brzmi znajomo??) i porwał rzeczy. W międzyczasie narrator powoli wychodził z szoku po ujrzeniu ładnej Arabki, bez czadoru, będącej kierownikiem restauracji hotelowej. Od ostatniego pobytu kobiety w tym kraju tak jakby pościągały zakrycia głowy i poubierały się w seksowne ciuszki. Narrator przez następny okres zachodził w głowę, czy jest to „pomroczność jasna” wywołana podróżą, czy też jest to tzw. efekt wiosenny – znany nam przecież skądinąd.
Po drodze jeszcze ukazana została narratorowi libijska szkołę jazdy. Motywami przewodnimi były: jazda na trzeciego pomiędzy dwoma pasami, a z dwóch stron oczywiście samochody; oraz w przypadku braku miejsca oczywista potrzeba, by te miejsce sobie zrobić poprzez spychanie prawidłowo jadącego samochodu  uderzając nadkole tegoż właśnie przodem swojego samochodu – tak tak moi drodzy dokładnie jak na filmach. Jednakże, co najlepszym jest w tej historii? Toż to reakcja poszkodowanego, który się tylko dziko uśmiechnął i jechał dalej. Od tej pory nie będzie narratora dziwić ilość wklęsłości i uszkodzonych szyb w okolicznych samochodach.
Dnia następnego poznałem gościnność Arabów wobec niewiernych – skądinąd znaną mu już po części. Pytanie za 100 pkt: Co robi się z gościem hotelowym, który się już wymeldował i oczekuje na środek transportu. Jakie cisną wam się odpowiedzi moi mili czytelnicy?? Ależ jest to oczywiste powie jeden, pozwoli mu czekać na transport przy kawce lub kieliszeczku czegoś mocniejszego. Nic bardziej mylnego. Po prostu weźmie wszystkie twoje rzeczy i wystawi wprost na chodnik przed hotelem.

W związku z małym bólem w paluszkach, na tym przerwę moją malutką opowieść.

Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com

Reklamy

Libia cz. 2

Translate to ENGLISH

….Zapadł wieczór. Wybiła właśnie 23. Narrator powrócił do baraku z wypadu do stolicy pewnego zamorskiego, pustynnego kraju. Dzisiejszego poranka, tak gdzieś koło południa postanowił wraz ze swoimi kompanami urozmaicić sobie niedziele małą wycieczką. Gwoli przypomnienia, w krajach arabskich weekend zaczyna się w czwartek, a kończy w piątek. Czemuż to zapytacie pewnie. Nie wiem – odpowiem – nie pytajcie.

W ten oto sposób udaliśmy się środkiem transportu we wspomnianym kierunku. W tymże kraju nazywają go minibusem, choć oprócz kół i jakiś zdezelowanych siedzeń nie posiada więcej cech jakiegokolwiek minibusa. No cóż – co kraj to obyczaj. Jak się nie ma nic innego to trzeba wy­olbrzymiać znaczenie tego co się już posiada.

Po zajęciu miejsca narrator postanowił zapaść w drzemkę na czas podroży. Niestety kierow­ca miał inną opinie na ten temat i postanowił indoktrynować biednych pasażerów za pomocą arab­skiej poezji puszczanej na pełny regulator. Po czterokrotnym usłyszeniu słów ‚Al Arabija’ i ‚Allah’ narrator zaczął podejrzewać, że jest to poezja pisana przez El Kalafiora – przywódcy lokalnego stadka Beduinów. Po pewnym czasie pasażerowie myśleli, że podroż przebiegnie spokojnie. Ależ gdzie tam, na pobliskim skrzyżowaniu przekonali się na własne oczy jak przewożone są warzywa w tymże kraiku. Wyglądało to następująco. Zdezelowany pick-up miał na pace odkryte warzywa, a nadmienić należny, że temperatura w cieniu dochodziła do 35 stopni. Po otrząśnięciu się z tegoż traumatycznego widoku, narrator oraz jego współtowarzysze postanowili, że do wyjazdu nie tkną już żadnego warzywa. Przytoczyć tu należy fakt, że oprócz warzyw mało co jest zjadliwe. Dlatego też przed oczami naszych bohaterami ukazało się widmo śmierci głodowej.

Po przybyciu na miejsce narrator wraz z towarzyszami udał się do suku, czyli na arabski targ. Hitem sezonu oprócz świecidełek okazał się T-shirt z podobizna El Kalafiora, gdyż akurat w tym roku przypada 36 rocznica objęcia swoja opieką rządów nad tym pięknym krajem (tfu…poplu­łem się ze śmiechu :)).

Po opuszczeniu suku udali się na spacerek po okolicznych sklepach. Narrator zmuszony do zakupu środka czyszcząco-piorącego znanego również pod nazwa szamponu, wkroczył do spraw­dzonego sklepu. Po krótkich poszukiwaniach wpadł w osłupienie. Jego oczom okazał się szampon opisany w jego ojczystym języku. Po spostrzeżeniu znaleziska oczęta mu się zaświeciły i czym prę­dzej porwał go i poszedł pokazać swoim towarzyszom (bardziej odpowiednim wyrażeniem byłoby raczej ‚w kilku susach dopadł swoich towarzyszy z trofeum w reku’ – kto co woli). A swoja droga ciekawym zjawiskiem jest przejechanie 1500 mil by kupić szampon 🙂

Po dokonaniu odpowiedniego zakupu nasi bohaterowie udali się na spacer po mieście. Prze­konali się, że tu również zawitała przysłowiowa wiosna. Wydanie arabskie wygląda następująco: kobiety chodzą w mini (do kolan), bez kefów i czadorów. Po krótkiej przechadzce narrator oraz jego współtowarzysze doszli jednogłośnie do wniosku, że następnym razem będą lepiej przygoto­wani na takie wypady tzn. kupią sobie specjalne smary do szyi 🙂 Bo wszystkich zaczęła dziwnie bolec szyja…z nieokreślonych bliżej powodów. No cóż takie skutki braku widoku kobiety :)) przez miesiąc.


Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com