PJN a sondaże

Ciekawe czemu ludzie mają tendencje do spisywania na straty rzeczy, bądź ludzi jeszcze przed zakończeniem. Podobnie poczyniła marzatela w swoim wpisie Koniec PJN?. Nie była w tej opinii osamotniona. Jej opinię podzielili komentatorzy.

Może warto się zastanowić – dlaczego im nie wyszło? Czy nasza scena polityczna jest już tak bardzo zabetonowana, że nic nie jest w stanie jej ruszyć? Tak naprawdę to projekt PJN wydawał się sensownie wymyślony, politycy znani i lubiani. Czyżby były to jednak skutki wcześniej działalności w PiS? Wyborcy zapamiętali bezgraniczne oddanie prezesowi Kaczyńskiemu i wpłynęło to na ich wiarygodność? Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie Elżbiety Jakubiak, której żadna partia nie chce mieć na swoich listach i przytuli ją w końcu PSL?

Jak pokazało kilka lat temu LPR i Samoobrona wiara w sondaże może być zgubna. Może nie należy wygłaszać pewnych opinii przed faktycznymi wyborami, gdyż marginalizacja przeciwników politycznych jest typowym elementem kampanii wyborczej. Tak dzieje się również teraz.

Analizując szybko przyszłe możliwe koalicje powyborcze wyłania się następujący obraz:

1. PO – PSL: patrząc na aktualną sytuację skończyłaby się katastrofą dla społeczeństwa przez brak podatku liniowego, likwidacji KRUS-u i innych potrzebnych reform oraz ochronę niewydajnego rolnictwa.

2. PIS – ktokolwiek: już dawno zobaczyliśmy, że ta partia nie ma żadnych zdolności koalicyjnych. Osamotniony zwycięski PiS będzie blokowany przez pozostałe partie w Sejmie.

3. PO – SLD: dla wielu taka koalicja byłaby (nie)możliwa. Patrząc jednak na obecne postulaty lewicy może być nie do przełknięcia dla społeczeństwa. Aż tak postępowi to Polacy nie są.

4. SLD – PJN: raczej nierealna.

5. PO – PIS: zupełnie nierealna.

6. PO – PJN: to taki PO – PIS bis. Czyli to, na co spora grupa społeczeństwa miała nadzieje w 2005 roku. Gdyby się udała mielibyśmy realną szansę na tak potrzebną modernizację kraju.

Jeśli coś pominąłem to proszę mnie poprawić.

Jak wynika z powyższego zestawienia, jakkolwiek subiektywnego, jedynie opcja numer 6 daje nam jakieś szanse na rozwój, a bez tego długo nie da się utrzymać nad powierzchnią wody i podzielimy los Hiszpanii czy Grecji.

My chcemy pracować

Rozbawił, a zarazem dał mi do myślenia list pani Małgorzaty Świątoniowskiej do redakcji Newsweeka. Został on opublikowany w numerze 13/2011. Jest on krótki i przytoczę go tu  całości:

Rozzłościł mnie felieton pana Janusza A. Majcherka. Należę do grupy młodych absolwentów studiów magisterskich. Z mojego doświadczenia i obserwacji znajomych wynika, że to wcale nie „mentalno-kulturowa niechęć do pracy i skłonność do unikania jej” powoduje tak małą produktywność młodych ludzi. To raczej brak możliwości znalezienia satysfakcjonującego, sensownego  i przede wszystkim dobrze płatnego zajęcia. („Do roboty!”, „Newsweek” 12/2011).

Pierwsze wrażenie, może mylne, jakie odniosłem to prawdopodobieństwo, że pani Małgorzata zasila szeregi bezrobotnych absolwentów. Skąd taka myśl? Ano wnioskując z podejścia ww magister do pracy. Ktoś, kto przepracował kilka lat wie już, że praca nie musi być ani satysfakcjonująca, ani sensowna, ani tym bardziej dobrze płatna. Po prostu musi być.

Pracujemy przede wszystkim dla pieniędzy. Jeśli ktoś twierdzi inaczej to musi mieć ich pod dostatkiem. W tym wypadku może ona być wykonywana dla satysfakcji.

Odnośnie tego, by praca była dobrze płatna to niestety trzeba stwierdzić, że aktualny system edukacyjny kształci osoby nieprzygotowane do rynku pracy. Skąd absolwenci biorą mrzonki, że pierwsza praca będzie dobrze płatna? Potencjalny pracodawca nie wie o danej osobie nic. Podejmuje ryzyko sprawdzenia możliwości kandydata. W związku z tym jak może dobrze za nią płacić? Dla mnie to nielogiczne. Dla pracodawcy również. A skąd się bierze takie założenie absolwentów? Może rację ma autor felietonu wymieniony w cytacie? A co Wy o tym sądzicie?

Wielki omylny papież

Właśnie przeczytałem bardzo ciekawy artykuł o tym samym tytule. Staje się on tym bardziej interesujący w świetle awantury o pontyfikat, w którym padły następujące słowa:

Dziwna i trudna jest nasza rozmowa. Bo idziemy w kierunku polskiej logiki rozmowy o papieżu. Cokolwiek powie się, że było nie tak, to od razu podnosi się krzyk. Będę mówić o reprodukcyjnych prawach kobiet. Papież był przeciwnikiem aborcji, antykoncepcji, prezerwatyw chroniących przed HIV, zapłodnieniom in vitro. To dramat jego pontyfikatu – powiedziała Szczuka. – Dlaczego on to mówił, czemu on to głosił?

Gdzie i kto stwierdził, że papież jest nieomylny? Ja takiego stwierdzenia nie słyszałem. Jan Paweł II był przede wszystkim człowiekiem i jak każdy posiadał swoje poglądy. Dopiero na drugim, bądź trzecim miejscu był zwierzchnikiem Kościoła. Nie należy o tym zapominać.

My, jako naród, mamy dziwną skłonność do zapominania o przewinieniach, czy niedoskonałościach naszych zmarłych. Jako przykład można tu podać prezydenta Kaczyńskiego. W moim mniemaniu jest to kardynalny błąd. Przede wszystkim ten brak doskonałości tworzył tych ludzi takimi jakimi byli. Należy pamiętać o całokształcie, a nie tylko o tych lepszych rzeczach.

Tytułowy artykuł pokazał mi obraz Karola Wojtyły przez pryzmat osoby mu bliskiej. Papież świadom swoich wad i ułomności jest przy tym otwarty na poglądy sprzeczne z własnymi. Jednak w wielu kwestiach, dla niego najistotniejszych, obstaje przy swoim. To właśnie pokazuje Jego wielkość. Takim właśnie powinien być duchowy przewodnik Kościoła.

Dyskusje dotyczące jego pontyfikatu, które ostatnio przybierają na sile, są też Jego spuścizną i swoistym testamentem. Myślę, że JP II byłby zadowolony z tych dyskusji, gdyż toczą się one na tematy bliskie Jego sercu oraz ważnych dla nas samych.