Polska ustami Boga

W Gazecie Wyborczej przeczytałem właśnie bardzo ciekawy artykuł Polska ustami Boga, pokazujący różnice światopoglądowe występujące w społeczeństwie, których nie można pominąć. Ponieważ internet bywa zawodny przytoczę tekst w całości. Porusza on wiele kwestii, nad którymi nie raz już się pochylałem i jeszcze pochylę.

Jeśli Polacy nie będą chrześcijanami, to będą potworami. Rozmowa z katolickim publicystą Tomaszem Terlikowskim

Nie przeczytałem jeszcze żadnego twojego tekstu, z którym bym się zgodził.

– Potraktuję to jako osiągnięcie.

I boję się, że wkrótce wszyscy w Polsce weźmiemy się za łby.

– Niby dlaczego?

Aborcja, związki partnerskie, religia w szkołach. Na Zachodzie mają tę debatę za sobą. U nas będą lecieć wióry.

– Ale pamiętaj, że mieliśmy już jedną „zimną wojnę religijną” – jak to nazywaliście w „Gazecie”. W latach 90.

Obawiam się, że to była miła pogawędka. Bo wy wpadniecie w histerię.

– Jacy „wy”?

Ty, środowisko Frondy, PiS, biskupi.

– W histerię to raczej wy w „Gazecie” lubicie wpadać.

Jasne. A kiedy ta histeria się zacznie?

– Za dwa, trzy lata. Parlament jest na razie na etapie status quo. Ale niedługo. Bo jak się spojrzy na kulturę, która jest w tych kwestiach najważniejsza, to zmiany już trwają. Na przykład pary homoseksualne pokazuje się w telewizji jako wzorce. Politycy takimi sprawami się zajmują, jak jest zapotrzebowanie kulturowe.

Czyli zrobią to wtedy, kiedy uznają, że im się opłaca.

– Tak. Kiedy będzie sprzyjająca atmosfera. Dużo się zmieni, kiedy w polityce dojdzie do głosu młode pokolenie, które myśli inaczej niż starsze. Dotyczy to wszystkich partii. Ślubów homoseksualnych nie chcą ani Tusk, ani – rzecz jasna – Kaczyński, oni są za status quo. Ale trzydziestolatkowie – już nie. W prywatnych rozmowach przyznają, że w kwestiach obyczajowych nie różnią się aż tak bardzo. Wielu młodych konserwatystów jest za tym, żeby odpuścić.

A my? Będziemy sobie skakać do oczu? Czy w ogóle umiemy o tych sprawach normalnie rozmawiać?

– Nie wiem, to do was pytanie. Magdalena Środa nie chce ze mną rozmawiać, bojkotuje programy z moim udziałem.

Jesteś się w stanie ze Środą dogadać?

– W kwestii życia i małżeństwa – nie. Dla mnie to jest albo-albo.

Co zrobić z ustawą antyaborcyjną?

– Zmienić. To jest zgniły kompromis, dla nas nie do zaakceptowania. Zgodnie z polskim prawem morduje się 549 osób rocznie – to są oficjalne dane za 2009 rok. Dla mnie podstawą jest całkowity zakaz aborcji i jak on będzie, to możemy się dalej sprzeczać.

A ja nie chcę żyć w takim kraju. I co?

– A ja z kolei nie mogę w tej sprawie odpuścić. Zrozum to. Dla mnie jest to taka sama sytuacja, jakby ginęli dorośli. Nie mogę iść na kompromis po trupach ludzi. Niemcy godzili się na zabijanie Żydów…

No i właśnie – to jest ten wasz język: „Holocaust nienarodzonych”. Po co?

– W czasie Holocaustu zginęło 6 mln Żydów, wymordowano prawie cały naród. W wyniku aborcji, według danych Światowej Organizacji Zdrowia, ginie rocznie 42 mln ludzi. To nie jest porównanie kuriozalne.

Kuriozalne.

– I tu, i tu giną ludzie. Na naszych oczach pewną grupę ludzi pozbawia się człowieczeństwa, dehumanizuje, żeby zabić. Tu nie ma o czym dyskutować. Nie ma! Aborcja polega na tym, że się dziecko rozrywa na strzępy.

Płód.

– Nie. Człowieka.

A czy ja mogę uważać, że płód?

– Możesz sobie uważać, co chcesz. Tyle że nie masz racji.

„Holocaust to pikuś w porównaniu z masowym mordem na wielką skalę, który trwa obecnie”. To cytat z ciebie.

– Tak.

Czy nie rozumiesz, że słowa „Holocaust to pikuś” są potwornie obraźliwe dla milionów ludzi?

– Zaraz zostanę antysemitą, tak?

Nie, daj spokój. Tylko dlaczego wy – dobrzy chrześcijanie – nie macie w tej sprawie podstawowej wrażliwości?

– „Pikuś” jest niedobre. Zgoda. Wycofuję. Ale porównanie do Holocaustu podtrzymuję. Bo dla mnie jest ważniejsze, żeby 42 mln ludzi żyły, niż żeby ktoś miał dobre samopoczucie. To nie jest spór o to, czy nam się dobrze i kulturalnie rozmawia, tylko o mordowanie ludzi.

Problem jest taki, że ty tę granicę przesuwasz w nieskończoność. Aż do zygoty. Kolejny cytat z ciebie: „Za 80 mln dzieci, które zginęły w czasie procedury in vitro, kiedyś odpowiecie”. Jak to policzyłeś?

– To są dane naukowe. Żeby urodziło się jedno dziecko z in vitro, potrzeba 20 innych dzieci. Chodzi zarówno o te zamrażane, jak i te, które są wszczepiane i umierają. Średnio tyle wychodzi. To są dane włoskie. Jeśli na świecie żyje 4 mln ludzi z in vitro, no to razy 20 – czyli 80 mln dzieci musiało zginąć.

Tomek! Zarodków, a nie dzieci!

– Nie powinno się używać terminu zarodek. „Dziecko na zarodkowym etapie rozwoju” albo „człowiek na zarodkowym etapie rozwoju”.

I to też jest Holocaust. Tak?

– Giną niewinni, ale to nie do końca Holocaust. W przypadku aborcji celem jest zabicie dziecka, a tutaj – powołanie dziecka, więc intencje lekarza i rodziców są jednak inne.

Czy w sprawie in vitro mamy szansę się w Polsce spokojnie dogadać? Bez krzyków?

– Tak, przy prostym założeniu, że in vitro będzie zakazane.

Czyli guzik z pętelką, bo zawsze ma stanąć na twoim.

– Ale jeśli chcesz, żeby było dopuszczone, to też stawiasz wyłącznie na swoim.

Nie. Przecież ja cię nie będę zmuszał do in vitro! Ale – wyobraź sobie – żyją w tym kraju ludzie, którzy twoich poglądów nie podzielają. Wśród nich – niepłodne pary.

– Tylko zrozum, że dla mnie to nie jest kwestia, w której można przeprowadzić demokratyczne głosowanie. Bo jeśli uważam, że giną ludzie, to nie mogę odpuścić. Nie mogę negocjować w imieniu tych 80 mln zabitych. Oni chcieliby żyć.

Jednak większość Polaków nie uważa, że zarodek to człowiek.

– No i się mylą. I prawo powinno im uniemożliwić popełnianie tego błędu.

Czyli dyskusja będzie wyglądać tak jak zawsze. Wy sobie pokrzyczycie, że jesteśmy mordercami. A my będziemy o was pisać, że jesteście oszołomami. I tak sobie wesoło porozmawiamy. A in vitro w tym kraju będzie, obaj to wiemy.

– Nie używam w przypadku in vitro słowa „mordercy”. Używam go w odniesieniu do lekarzy dokonujących aborcji. Widzę różnicę. Owszem, możemy sobie rozmawiać, jak wychowywać dzieci, jakie filmy oglądać i gdzie jechać na wakacje. I sobie nawzajem ustępować. Ale tutaj mamy kwestię życia. Wy proponujecie, że stworzycie prawo, w którym łaskawie trochę uwzględnicie wrażliwość mojej strony, bo lepiej się będzie traktować zarodki. A mnie moja wrażliwość w ogóle tu nie obchodzi. Mnie obchodzi, że giną ludzie. I to jest spór fundamentalny.

Jaka jest wasza skuteczność? Żadna. Nie jesteście w stanie zakazać w Polsce in vitro. Wiesz to, prawda?

– Ależ jesteśmy.

Nie. I wasze działania – ten język, te ekskomuniki, wpisywanie posłów na „listę hańby” – prowadzą do tego, że w Sejmie boją się przegłosować jakąkolwiek ustawę, bo czują się szantażowani. Więc mamy nadal wolnoamerykankę. Z zarodkami – przepraszam – z „ludźmi” można robić, co się komu żywnie podoba. Ale za to wy możecie bohatersko opowiadać, że nie poszliście na kompromis.

– Bzdura. Działania mojego środowiska i wypowiedzi biskupów doprowadziły do tego, że kiedy Sejm kierował projekty do dalszych prac w komisji, największe poparcie miał projekt Piechy. Właściwie zakazuje on in vitro, dopuszcza jedynie adopcję dzieci zamrożonych w lodówkach. To jest jakaś skuteczność. Ale to mało. Myśmy popierali całkowity zakaz, czyli projekt obywatelski „Contra in vitro”. Gdyby posłowie zobaczyli te 100 tys. osób, które go podpisały. Gdyby ci ludzie stanęli pod Sejmem i nic więcej nie robili, tylko odmawiali różaniec…

Nie staną. Przyjdzie sto osób z plakatami o Smoleńsku. I o tym, że Tusk jest mordercą.

– Nieprawda. Wiecznie robicie z nas oszołomów. I to jest wasz problem, że tak sobie ułatwiacie dyskusję. A my bywamy skuteczni. Dlaczego mamy taką ustawę antyaborcyjną, jaką mamy? Ano dlatego, że znalazły się środowiska, które powiedziały, że chcą całkowitego zakazu. Nie odpuszczały. „Nigdy” „Za żadną cenę”. Gdyby nie ta postawa, to tzw. kompromis byłby dużo dalej.

Tylko że tobie dać palec, to weźmiesz całą rękę. Płód to dziecko. Zarodek – człowiek. A skończy się na tym, że zatroszczysz się o moje zbawienie, więc jak popełniam grzech ciężki, to trzeba mi go zakazać. Dla mojego dobra.

– Nie. Obrona życia to coś wyjątkowego. Tutaj naprawdę nie mogę odpuścić. Ale jeśli mówimy o grzechach zagrażających twojemu życiu wiecznemu, które w życiu doczesnym nie powodują mordowania ludzi, no to nic mi do tego. I prawu też nic do tego. Twój wybór.

Dziękuję bardzo, piękny gest. A co znaczy, jak piszesz: „Katolik nie może być za rozwodami, także cywilnymi”?

– No dokładnie tyle. Katolik, jeśli jest sędzią rodzinnym, ma poważny problem.

Nie ma żadnego problemu. Ma przestrzegać prawa. Sędzia musi być niezależny, od biskupa też.

– Jest katolikiem, a katolik nie uznaje rozwodów.

Tomek, on tam orzeka świecki rozwód, nie kościelny. Co ma jedno do drugiego?

– Nie powinien uczestniczyć w orzekaniu o rozwodzie.

Rozwody powinny być zakazane w Polsce?

– Tak.

Wyście zbiorowo powariowali w tej Frondzie.

– Na Malcie są zakazane.

Dziękuję pięknie.

– Ale nie z przyczyn religijnych. Tylko wtedy, kiedy są dzieci. Rozwód uderza w dzieci.

I dwoje nienawidzących się ludzi wychowuje trójkę dzieci. Fantastycznie.

– Z punktu widzenia dziecka to jest lepsza sytuacja. Wieloletnie badania amerykańskie pokazują, że dla dziecka rozwód jest większą traumą niż śmierć rodzica.

A ja znam wieloletnie badania pokazujące, że dwoje nienawidzących się ludzi wychowa potwora.

– Ludzie często biorą rozwód, bo przeżywają kryzys. I nikt im nie mówi, że jeśli przetrwają ten kryzys, to małżeństwo może być szczęśliwe.

A nie uważasz, że ludzie są dorośli i mogą sami zdecydować w swoich małych rozumkach?

– Tak, są dorośli, ale uważam też, że prawo powinno podsuwać rozwiązania lepsze. Na przykład nieco utrudniać rozwód, a nie go ułatwiać.

Tomek, ja nie chcę żyć w kraju, w którym nie można się rozwieść. Słabo mi się robi, że ktoś może mieć takie pomysły.

Wy się skazujecie w ten sposób na margines. Głośny, ale margines.

– Spokojnie. Nie zamierzam walczyć o zakaz rozwodów. Ale jak mnie pytasz, czy jestem przeciw rozwodom, to odpowiadam. I tyle.

Antykoncepcji zakazać?

– Wczesnoporonnej – tak. A w odniesieniu do innej nikt nie zgłasza takich pomysłów. To jest wybór małżonków. I nie wiąże się ze sprawą życia i śmierci.

Prezerwatywy nie wkurzają cię na stacji benzynowej?

– Ale nie dlatego, że powinny być zakazane. Wchodzę z dziećmi, a prezerwatywy leżą obok cukierków.

Ile ma najstarsze?

– Najstarsza córka ma osiem lat.

Pytała, co to jest?

– Jeszcze nie, ale oczywiście powiem, do czego służy prezerwatywa. I dokonam również oceny moralnej. Najgłupszą z możliwych odpowiedzi jest nieudzielanie odpowiedzi.

Syna masz?

– Mam.

Czy wyobrażałeś sobie, że twój dorosły syn oświadcza ci, że jest gejem?

– Tak, myślałem o tym.

I co?

– Mam nadzieję, że to nie miałoby wpływu na moje poglądy.

A na miłość do niego?

– No jasne, że nie! Coś ty! Chciałbym, żeby moje dziecko miało pewność, że niezależnie od mojej oceny tego, co robi, jest kochane. I żeby nie bało się przyjść i mi o tym powiedzieć. I żeby wiedziało, że jeśli będzie potrzebować pomocy, to może na mnie liczyć.

Wigilia. Twój syn gej przychodzi z partnerem.

– Nie… Może przyjść sam… Z partnerem – nie. I nie jest to dla mnie łatwa odpowiedź. Ta wigilia byłaby dramatyczna. Bez żadnej satysfakcji, gdybym go nie wpuścił z tym kimś. Ale zasady są zasadami. Tylko, wiesz, nie chcę, żeby wyglądało w tym wywiadzie, że to jest „nie” i koniec. Że to takie dla mnie łatwe. Zadaj inne pytanie.

Czy „gej” to jest dobre słowo?

– Nie używam.

A jakiego używasz?

– Homoseksualista.

Pedał?

– Nie.

A niby dlaczego nie?

– Bo w procesie zmiany języka, który wciąż trwa, słowo to stało się jeszcze bardziej obraźliwe niż kiedyś. A ja nie chcę obrażać. „Homoseksualista” jest terminem opisowym, a nie wartościującym. A gej – terminem akceptującym.

Dlaczego wy się tak boicie związków partnerskich? Co one wam szkodzą?

– To byłoby przyznanie przywilejów parom homoseksualnym, a przywileje powinno mieć wyłącznie małżeństwo kobiety i mężczyzny.

Niby dlaczego?

– Bo małżeństwo bierze na siebie zobowiązanie wobec społeczeństwa, że będzie się wzajemne wspierać i – jeśli pojawiają się dzieci – wychowa te dzieci. W zamian państwo przyznaje przywileje. U nas są one słabe, ale jednak są. Więc jeśli ktoś nie może wziąć na siebie tych zobowiązań, odpowiedzialności, to nie może mieć przywilejów.

Nic z tego nie rozumiem.

– Trudno.

Gej może być nauczycielem?

– Może. Problem, jeśli zaczyna się z tym obnosić.

Chodzi ze swoim partnerem do kina, chodzi do sklepu. I wszyscy to widzą, bo to małe miasto. To jest obnoszenie się?

– Jeśli nie prowadzi agitacji gejowskiej na terenie szkoły, to co mnie obchodzą jego prywatne sprawy? Na pewno nie powinien być szykanowany ani obrażany. Napisałem kiedyś, że popieram wyrok jednego z sądów za wyzywanie homoseksualistów. Chociaż sam mam proces.

Za co?

– Za kozę.

No właśnie. Po co tak pisać: „Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie także z zoofilskim związkiem pana z kozą”. Pokazujesz gejów w kontekście obrzydliwym.

– Pokazuję tylko pewien proces. Że zaraz wszystko wszystkim będzie wolno. Ale nie twierdzę, że te dwie rzeczy są tym samym.

Po co tak pisać?

– Mam kolegę, który jest aktywnym homoseksualistą. Ale nie jest działaczem gejowskim. „Jak piszesz ostro, to pamiętaj, że nie piszesz tylko o lobby gejowskim, którego nie znosisz, ale też o mnie” – powiedział mi kiedyś. Ma rację. Ale doskonale wiesz, jak wygląda zawód publicysty. Nie zawsze jest czas, żeby wszystko rozważyć. Żeby forma była efektowna, ale nie obraźliwa. Często też się pisze w reakcji na coś innego, następuje eskalacja.

Piszę ostro, bo uważam, że to kwestia przyszłości naszej cywilizacji. Toczy się spór o to, czy ma być ona wyłącznie postoświeceniowa, bez odwołania do judaizmu i chrześcijaństwa. Oparta na utylitaryzmie, w którym celem państwa, celem prawa i moralności jest wyłącznie zwiększenie przyjemności.

Rozumiem tę obawę. Tylko że twoja recepta jest gorsza od choroby.

– A jaka niby recepta?

Żeby żyć w państwie katolickim.

– Wcale nie chcę! Mnie najbliższa jest recepta, którą przedstawił kardynał Ratzinger: lekarstwem na nihilizm, brak wartości jest to, żeby politycy – wierzący i niewierzący – zaczęli działać tak, jakby Bóg istniał. Jakby prawo i moralność nie były zależne wyłącznie od konsensusu między ludźmi. Musimy mieć fundamentalne wartości, które nie podlegają głosowaniu.

Jednak to już w Europie mamy: Deklaracja praw człowieka. Na wskroś chrześcijańska. Nie krzywdź drugiego. Pomagaj.

– Ale tam nie ma absolutu.

No i dobrze, bo żyjesz w świecie, w którym jedni wierzą, inni nie.

– Źle. Bo żeby rzeczywiście te prawa egzekwować, to trzeba w wymiarze świeckim przyjąć, że jest absolut, gwarant tych wartości.

Ale po co?

– Bo bez tego jest to niewiele warte. Dziś możemy się umówić tak, jutro – siak. Umowę zawsze można zmieniać. Przegłosować sobie inne wartości. Świat bez wartości, dla których ludzie są gotowi umrzeć, jest jednocześnie światem bez wartości, dla których warto żyć.

Są wartości. Prawa człowieka. Tyle że okrojone z Pana Boga, świeckie.

– Pytanie brzmi: czy Europejczycy realnie są gotowi umrzeć za prawa człowieka? Otóż sam wiesz, że coraz rzadziej. Wysyłamy żołnierzy na wojny sprawiedliwe, ale myślimy głównie o tym, żeby nie zdrożała ropa. Takie to są wartości bez absolutu. Dobrze wiesz, że twoja strona też dostrzega ten problem. Tylko daje inne recepty. Moim zdaniem mylne.

Co zrobisz, jeśli w Polsce będą w końcu związki partnerskie, szkoły bez religii i aborcja na życzenie?

– Nie wiem. Byłem ostatnio w Hiszpanii, miałem spotkanie ze studentami. Byli to ludzie od lewa do prawa. Dyskutujemy. Mówię im tak: „Cokolwiek by prawo i państwo zadekretowały, to ja w swoim domu będę uczył dzieci, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny”. W odpowiedzi podzielili się na trzy grupy. Pierwsza mówiła, że należy mi natychmiast odebrać dzieci, bo je indoktrynuję homofobicznie. Druga – że dzieci trzeba zostawić żonie, a mnie wysłać do obozu na reedukację. A trzecia – że można mi zostawić dzieci, tylko w szkole muszą się dowiedzieć, że jestem idiotą. No to jak ja miałbym się w takiej Polsce czuć?

Bo ty oczywiście uskrajniasz. Było pewnie tak: pierwsza grupa po prostu robiła sobie żarty, żeby cię wkurzyć i sprowokować. Druga – nie mówiła o obozie, tylko o cyklu wykładów o tolerancji. A trzecia – że w szkole twoje dzieci poznają kolegę, który ma rodziców gejów, więc i tak się dowiedzą, że takie związki są normalne.

– Brawo. Od razu widać, jaki jest wasz główny problem: zawsze wiecie lepiej. To ja przecież rozmawiałem z tymi studentami, ale oczywiście będziesz mi wmawiał, że wszystko wyglądało inaczej. Nic nie uskrajniam. Tak było.

Jan Paweł II mówił, że demokracja bez wartości przekształca się w lekko zakamuflowany totalitaryzm. Totalitaryzm pod płaszczykiem praw człowieka. Mówi się nam: możecie sobie wierzyć, w co chcecie, ale pod warunkiem, że nie skutkuje to w waszym życiu publicznym. Możecie sobie nawet o tym gadać, ale po cichu, bo to, co ustala demokratyczne państwo w drodze głosowania, jest najważniejsze. I jak chcesz głośno wyrażać swoją ocenę homoseksualizmu, to ci nie wolno.

I to dobrze?

– Nie, ale później, w liceum, działa konformizm odwrotny. Że religia to obciach. I czasem na katechezę nie chodzi nikt. Wiem, że ten konformizm w sferze publicznej może się za chwilę odwrócić w drugą stronę, co nastąpiło już w wielu krajach zachodnich. Powstaje klimat, w którym poglądy chrześcijańskie stają się niemodne.

Nie. Powstaje klimat, w którym na przykład o homoseksualizmie nie mówi się w przestrzeni publicznej jako o zboczeniu.

– Ale dlaczego nie? Są ludzie, którzy uważają czyn homoseksualny za problem moralny, za zło. I nie wolno im odbierać prawa do głoszenia tego poglądu publicznie.

Wolno.

– Nie wolno.

Czy wolno pójść w Polsce do telewizji i powiedzieć, że czarnuchy są głupsze od białych?

– Ale kolor skóry nie jest kategorią moralną, a stosunki homoseksualne są.

Dla ciebie.

– I dla wielu. Mówimy o ocenie czynu, a nie ludzi. Uważam, że to odstępstwo od normy moralnej i biologicznej. I powinienem mieć prawo to głosić.

W ramach debaty po katastrofie smoleńskiej napisałeś w „Rzepie” tekst, że Polska dostała od Chrystusa specjalną misję dziejową. Mnie to bawi.

– No i dobrze. Bo nic z tego nie rozumiesz.

To wyjaśnij.

– Nie wiem, czy jest sens, bo to tekst religijny. Ale spróbuję. Jak patrzę na naszą historię, to mam wrażenie, że Bóg chciał coś światu przez Polskę powiedzieć. Weźmy Faustynę i jej objawienia. Jest tam fragment, w którym Pan Jezus mówi, że z Polski wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne Jego przyjście.

Strasznie megalomańskie.

– Bo w to nie wierzysz, więc się mądrzysz. Mam mówić dalej czy cię to nie interesuje?

Interesuje.

– Jesteśmy krajem, który może się przyczynić do reewangelizacji Europy. I to jest właśnie nasza misja. Smoleńsk jest pewnym znakiem. Przypomina Polakom, że nie mają tak łatwo: tylko zarabiać, kupować, jeść i spać. Wzorzec wygodnego, fajnego życia nie do końca jest dla nas. Mamy zrobić coś więcej.

Co?

Tylko co Europa ma zobaczyć pociągającego w tych naszych wartościach? Czy my jesteśmy lepsi niż inne narody? Czy na przykład mniej się mordujemy? Nie – wskaźniki morderstw mamy złe. Czy się bardziej miłujemy? Uczciwsi jesteśmy? Z czym do gościa?!

– Czeski filozof i ksiądz Tomasz Halik zadał mi podobne pytanie: „W czym wy jesteście lepsi od nas – Czechów, ateistów? Nie ma u nas więcej przestępstw, nie pijemy więcej”. Odpowiedziałem: „To wszystko prawda. Ale proszę pomyśleć, co to by było, gdyby Polacy nie byli chrześcijanami. Kogo byście mieli za miedzą! Jeśli nawet przy pomocy łaski bożej jesteśmy tacy słabi, to bez niej bylibyśmy potworami”. Tak uważam. Być może Czesi łaski bożej nie potrzebują, żeby trzymać pion. A Polacy potrzebują. I chciałbym, żeby wiedzieli, że mają skarb. I pokazywali innym, jaki to skarb.

To są pobożne życzenia.

– No i dobrze, że pobożne.

Lubisz Monty Pythona?

– Tak. Przy pełnej świadomości, że Pythoni bywają bluźnierczy.

Ulubiony skecz?

– O rodzinie protestanckiej i katolickiej. Katolik ma 15 dzieci, traci pracę i musi „oddać dzieci na eksperymenty”. Jego sąsiad protestant patrzy na to przez okno. „U tych durnych katolików z każdego bzykania musi być dziecko” – powiada do żony. „To zupełnie jak u nas, mamy dwoje dzieci i dwa razy to robiliśmy” – ona na to. „Tak, ale moglibyśmy sobie używać, w każdej chwili mógłbym wejść do sklepu i poprosić o jakieś wdzianko na mojego wacka”. Fajny jest też skecz o dawcach narządów. „Przyszliśmy po pańską wątrobę”. „Ale ja jeszcze żyję”. „Ten problem możemy szybko rozwiązać”.

A „Żywot Briana”? Lubisz? Brian to taki nieudany Chrystus.
– Śmieszy mnie ten film. Pomaga rozliczyć się z własną hipokryzją. Poprzebijać własne balony. Pythoni mają tę wspaniałą cechę, że walą we wszystkich równo, sprawiedliwie.

Obaj jesteśmy z tego samego rocznika – 1974. Obaj oglądaliśmy te same filmy. Słuchaliśmy tej samej muzyki. Lubimy te same żarty. A dogadać się nie idzie.

– Jeden z najładniejszych tekstów, jakie czytałem, zamieściła „Wyborcza”. Był to wspólny tekst braci Kurskich po śmierci Jacka Kaczmarskiego. Zaczynał się jakoś tak: chociaż w tej chwili wszystko nas różni, to jednak razem piszemy ten tekst… Tęsknię czasem za doświadczeniem podstawowej wspólnoty, która niewątpliwie między nami wszystkimi jest. Ale jak trwa walka, to nie dyskutuje się o tym, co łączy, tylko wali się w bęben.

Szkoda.

– Tak, szkoda.

Reklamy

3 thoughts on “Polska ustami Boga

  1. Pretty good post. I just stumbled upon your blog and wanted to say that I have really enjoyed reading your blog posts. Anyway I’ll be subscribing to your feed and I hope you post again soon.

  2. Na temat wiarygodności p. Terlikowskiego i jego Frondy przytoczę przykład. Na portalu toczyła się dyskusja po wypowiedzi S. Niesiołowskiego o tym, że Kaczyński był marnym prezydentem i na żadne pomniki nie zasługuje. Argumenty „prawdziwych Polaków katolików” polegały na fali inwektyw. Dodałam swój komentarz o treści : Lech Kaczyński był miernym prezydentem i propaganda pisowska tego nie zmieni, choć byście wybudowali mu pomnik do samego nieba, na podobieństwo wieży Babel.
    Jakież było moje zdziwienie, gdy ukazał się mój komentarz, który brzmiał: Donald Tusk jest miernym premierem i propaganda POwska tego nie zmieni, choć byście wybudowali mu pomnik do samego nieba, na podobieństwo wieży Babel.
    Zapytałam więc: Panie Terlikowski, kogo wy oszukujecie? Sami siebie oszukujecie.
    Za moment pokazał się mój poprzedni komentarz, wraz z kilkoma innymi mieszającymi mnie z błotem.
    Z dyskusji zrezygnowałam, z oszustami nie warto rozmawiać, ale nie sądzę by dobrze się czuli w swoim bagienku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s