PKP, czyli jak robić klienta w balona

Ostatnio zdarzyło się, że musiałem wybrać się w podróż na Pomorze. Niestety, było mi dane przekonać się o jakości naszych „kochanych” kolei.  A dokładniej mówiąc PKP Intercity. Ale zacznijmy od początku.

Był ładny zimowy dzień. Pociąg TLK relacji KrakówKołobrzeg. Wszystko wygląda w porządku. Do Poznania bez opóźnień. Gdy tu nagle…

Tak, tak, było zbyt idyllicznie. Krótko po wyjeździe ze stolicy Wielkopolski bajka się skończyła. Pociąg zaczyna stawać w szczerym polu. Kolejne 20 kilometrów przebywamy w godzinę. Do tej pory pasażerowie sądzili, że to wynik opóźnień innych pociągów. Jednak w którymś momencie stajemy na dobre.

Chwilę później na torze obok mija nas pociąg Regio do Kołobrzegu.

Nasza pani konduktor nie posiada informacji ile będziemy stali, kierownik pociągu jest nieosiągalny. Nagle wieść gminna niesie, że lokomotywa zepsuta. Zaczynamy szukać ponownie bileterki. Po chwili okazuje się, że to prawda, a kierownik składu zamknął się w lokomotywie i stamtąd nie wychodzi. Po 2 godzinach postoju wreszcie informacje. Lokomotywa będzie podciągnięta z Poznania za „prawdopodobnie” kolejne 2 godziny. Wśród pasażerów zaczyna się poruszenie. Większość z nich zaczyna dopytywać o inne połączenia. Podobno najbliższa stacja to Chludowo i znajduje się z 300 metrów za pociągiem. Następny pociąg do Kołobrzegu ma się pojawić za godzinę i należeć do spółki Przewozy Regionalne. Po krótkiej naradzie gro pasażerów wysiada i… wpada w osłupienie. Okazuje się bowiem, że pociąg zatrzymał się na końcu stacji Chludowo. Irytacja zaczyna wzrastać, gdyż zdajemy sobie sprawę, że mogliśmy wsiąść w przejeżdżający pociąg do Kołobrzegu. Do tego wystarczyła tylko dobra wola ze strony pracowników Intercity, by odpowiednio wcześniej powiadomić pasażerów o takiej możliwości i zawiadomić konkurencję o takiej potrzebie. Niestety zostaliśmy ofiarą brutalnej walki pomiędzy spółkami monopolisty krajowego. Po kilkunastu minutach marznięcia na mrozie dowiadujemy się od przejeżdżającego pociągu, że lokomotywa już wyjechała i zaraz nadjedzie Regio do Kołobrzegu.  Po kolejnej pół godzinie pojawia się upragniona lokomotywa. Porządnie zmarznięci postanawiamy wsiąść do „naszego” pociągu i pojechać dalej. Skład jest cofany do najbliższej stacji – Złotniki – tu można będzie zmienić lokomotywę.

Po dotarciu na miejsce okazuję się, że obok stoi pociąg TLK do Gdyni. Pani konduktor każe nam się przesiąść i mówi „Ten skład dalej nie pojedzie”. Następnie dowiadujemy się, że obsługa drugiego pociągu nie chce jechać dalej i postanowiła wracać do Poznania. W tym momencie pasażerowie obydwu składów zostali doprowadzeni do wściekłości. Po kilku żołnierskich słowach obydwa składy udają się na dyskusję odnośnie dalszych poczynań. Okazuje się, że „nasz” pociąg ruszy pierwszy ze starą lokomotywą, która jakimś cudem już pracuje. Po dłuższej chwili wolnej jazdy i obaw o ponowienie sytuacji sprzed kilku godzin tempo podróży wraca do normy. Do celu docieramy z 5,5 h opóźnieniem.

Zastanawia mnie tylko to, że przy odrobinie dobrej chęci i współpracy, korzystając z pociągu Regio, bylibyśmy tylko 2 godziny spóźnieni i nie trzeba byłoby się tak denerwować i wyziębiać.  Naprawdę wystarczyła tylko ociupina.

Reklamy

Katastrofa lotu Air France 4590

Właśnie usłyszałem w „Trójce” wypowiedź obrońcy amerykańskiego mechanika komentującego wyrok w sprawie katastrofy Concorde‚a Air France. Sąd wydał wyrok skazujący mechanika linii Continental na karę więzienia uniewinniając przy tym trzech francuskich mechaników oraz konstruktora Concorde’a. Dla przypomnienia, z samolotu amerykańskiej linii oderwała się tytanowa część i pozostała na pasie startowym. Kilka minut po tym startował francuski przewoźnik. Pozostawiona część przebiła koło, którego strzępy uderzyły w bak i spowodowały pożar.

Mówiło się o tym, że ów konstruktor był ostrzegany przez 20 lat o wadach samolotu.

Adwokat stwierdził, że wyrok jest absurdalny argumentując, że mechanik w USA przygotowując samolot do lotu nie był w stanie przewidzieć katastrofy we Francji. Ta argumentacja zmusiła mnie do myślenia. Uznałem, że obrońca może mieć rację i niezależnie od tego, czy jego klient był winny, czy też nie, to rodzi się pytanie ile w wyroku francuskiego sądu było argumentacji merytorycznej, a ile wyrazu niechęci dla przedstawiciela Nowego Świata. Skądinąd znana jest ona na świecie. Francuz mówiący płynnie po angielsku może tego nie ujawniać. Dlaczego spytacie? Dla zasady.