Włochy cz.1

Hmmm…nowy roczek, więc trzeba rozruszać zgrzybiałe paluszki, a one niestety, wstyd się przyznać, nie poznały ostatnio weny waszego uniżonego skryby, ale…wszystko się wyjaśni …może…
Jadąc do Włoch otrzymałem sms-a, który zawierał poniższy tekst: „Nowy Rok..nowe miejsce..”. Reszta tejże bardzo miłej wiadomości pozostanie moją słodką tajemnicą 😉 Jednakże z grzeczności oraz z obowiązku, tak tak, poczuwa się bajkopisarz do obowiązku, nie przesadzając oczywiście… śpieszę nadmienić, że był to sms od przemiłej kobiety. No tak kobiety…hmmm….chyba na razie zakończę tenże wątek, by potem ponownie do niego wrócić.
Wracając do tematu przewodniego. Cóż ten sms oznacza oznacza większość z Was zapyta.
Z nieskrywaną radością – w tymże momencie na twarz narratora wypłynął promienisty uśmiech, którego jasność można by porównać do wybuchu ładunku atomowego – śmiem powiadomić drogich czytelników, że przygody opisywane wcześniej, okraszone piaskiem, słońcem, wielbłądami i takimi innymi dziwnymi rzeczami uległy zakończeniu – przynajmniej na razie – i narrator ma cichą nadzieję, że granica czasowa powrotu w te rejony zmierzać będzie ku nieskończoności. Natomiast po miło spędzonym czasie w kraju siła wyższa (czytaj diabeł z piekła rodem, Belzebub i wszystko inne co najgorsze) zdecydowała, że zbyt dużo tego dobrego – opinii takowej bajarz przeciwstawia się w całej rozciągłości w myśl staropolskiej zasady: „Dobrego nigdy za wiele” – i postanowiła wysłać uniżonego sługę Waszmościów i Waszmościanek na dalsze wojaże. W wyniku „intensywnych” negocjacji zawierających wiele słów, których szanujący czytelników narrator bałby się w tym miejscu przytaczać, odnośnie kierunku udało się ustalić, że tym razem będzie to w miarę cywilizowany kraj. Tak to pojawił się nasz pożal się Panie Boże „bohater” w drodze do Italii.
Jak się okazało pierwsza część podróży miała się odbyć przy pomocy urządzenia, które sam czart wymyślił chyba, gdyż ni to człowiek ni ptak jakiś nie był. Po dotarciu do kraju docelowego nasz znużony człeczyna liczył na spokojny przebieg dalszej wycieczki po półwyspie. Ale jak to zwykle bywa w takich opowieściach okrutny los postanowił spłatać mu ponownie psikusa.
Po dotarciu do tajemniczego miejsca znanego niektórym pod nazwą dworca okazało się, że jednak kraj ony nie jest taki cywilizowany jak wszyscy prawili. Na próżno bowiem szukać było jakiegoś miejsca do przycupnięcia, bądź też gospody, w której wysłannik mógłby spożyć jadło. Tak więc przez dłuższy czas chodził biedaczek obładowany tobołkami, a gorycz w nim wzrastała.
Wreszcie, gdy doczekał kolejnego środka transportu zaczęła w nim rosnąć nadzieje choć na chwilę odpoczynku.
Po pewnym czasie do podróżujących dołączyła niewiasta wraz z papą, a buzia jej się nie zamykała. Od czasu do czasu rozmawiała z patronem rodziny zerkając nieśmiało na narratora..który nie chcąc uchodzić za gbura oddawał grzecznie spojrzenie. Nie będąc biegły w mowie autochtonów postanowił, że nie będzie kaleczył Lingua Romana i nie odezwie się słowem. Chcąc potwierdzić, lub zaprzeczyć staremu przesądowi, że damy Italii traktują przybyszy z wyższością i nieskrywaną pogardą, postanowił wykorzystać chwyt znany bliżej czytelnikom i czytelniczkom jako „ET call home”. W tym momencie czar prysł i rzeczona osoba zaczęła traktować narratora jak powietrze.
Ta sama sytuacja powtórzyła się dnia następnego w drodze do pracy. Dwie kwoki wyzywały bajarza od najgorszych, gdyż nie odezwał się w czasie podróży do nich ani słóweczkiem. Litania złorzeczenia trwała ze dwa pacierze.

No tak…Włoszki są dziwne…Panowie strzeżcie się, Panie nie bierzcie z nich przykładu.

Po dotarciu na miejsce wszystkie trudy podróży zostały mu po trzykroć wynagrodzone, ale o tym za chwilę…
Zaczęto poszukiwanie gospody, gdzie znajdować się miały klucze. Po przydłuższym poszukiwaniu i przeciskaniu się przez chodniki, które były tak wąskie, że Wasz wątły narrator jednym ramieniem dotykał – zdawać by się mogło – jednego, a drugim drugiego muru, odnalazł rzeczoną gospodę i spożył tam posiłek. Panowała tam rodzinna atmosfera. Kilku starów grało w karty, inni pili wino i cicho dyskutowali. Co uderzyło narratora to brak młodzieży.
Posiłek choć skromny, był pożywny i dał wiele radości rzeczonemu.
Po tym nasz bajarz udał się w podróż na komnaty. Droga ta wynagrodziła mu wszystkie trudy podróży. Idąc promenadą po lewej stronie, na wyciągnięcie ręki miał morze, a po 2 strzeliste góry, które owiewała mgła i ciemne, ciężkie chmury. Przez chwile wędrowiec urzeczony tym widokiem zapomniał o całym zmęczeniu i jak urzeczony wpatrywał się w krajobraz. Promenada była otoczona mnóstwem zieleni oraz palmami.

Po dotarciu do przeznaczonych mu komnat…

„Otwieram drzwi, ciemno jak w piekle, macam po ścianach, jakiś włącznik..pstryk…i nic….macam dalej, szereg włączników… pstryk…i nic (tu wyrwało się narratorowi niecenzuralne słowo) ..ale nic to macam dalej…jakiś pokój…sprawdzam, czy nie ma schodów…podłoga…ufff…macam dalej… czuje, że Szpieg z Krainy Deszczowców to przy mnie amator….ale się namacałem 🙂 i nic :)”
Wreszcie jakaś klamka – drzwi…otwieram…alleluja – pomyślał nasz „bohater” – …nastała światłość.

PS.
Urywek z następnego rozdziału:

„… Okazało się, że „siła wyższa” nie jest tak nieomylna jakby się wszystkim mogło wydawać. Cel pierwotnie wyznaczono bowiem blisko 30 km po przeciwnej stronie niż naprawdę się znajdował. W związku z tym dane było narratorowi przemierzyć miasto per pedes, by dotrzeć do pracy. „

dodajdo.com

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s