Libia cz. 2

Translate to ENGLISH

….Zapadł wieczór. Wybiła właśnie 23. Narrator powrócił do baraku z wypadu do stolicy pewnego zamorskiego, pustynnego kraju. Dzisiejszego poranka, tak gdzieś koło południa postanowił wraz ze swoimi kompanami urozmaicić sobie niedziele małą wycieczką. Gwoli przypomnienia, w krajach arabskich weekend zaczyna się w czwartek, a kończy w piątek. Czemuż to zapytacie pewnie. Nie wiem – odpowiem – nie pytajcie.

W ten oto sposób udaliśmy się środkiem transportu we wspomnianym kierunku. W tymże kraju nazywają go minibusem, choć oprócz kół i jakiś zdezelowanych siedzeń nie posiada więcej cech jakiegokolwiek minibusa. No cóż – co kraj to obyczaj. Jak się nie ma nic innego to trzeba wy­olbrzymiać znaczenie tego co się już posiada.

Po zajęciu miejsca narrator postanowił zapaść w drzemkę na czas podroży. Niestety kierow­ca miał inną opinie na ten temat i postanowił indoktrynować biednych pasażerów za pomocą arab­skiej poezji puszczanej na pełny regulator. Po czterokrotnym usłyszeniu słów ‚Al Arabija’ i ‚Allah’ narrator zaczął podejrzewać, że jest to poezja pisana przez El Kalafiora – przywódcy lokalnego stadka Beduinów. Po pewnym czasie pasażerowie myśleli, że podroż przebiegnie spokojnie. Ależ gdzie tam, na pobliskim skrzyżowaniu przekonali się na własne oczy jak przewożone są warzywa w tymże kraiku. Wyglądało to następująco. Zdezelowany pick-up miał na pace odkryte warzywa, a nadmienić należny, że temperatura w cieniu dochodziła do 35 stopni. Po otrząśnięciu się z tegoż traumatycznego widoku, narrator oraz jego współtowarzysze postanowili, że do wyjazdu nie tkną już żadnego warzywa. Przytoczyć tu należy fakt, że oprócz warzyw mało co jest zjadliwe. Dlatego też przed oczami naszych bohaterami ukazało się widmo śmierci głodowej.

Po przybyciu na miejsce narrator wraz z towarzyszami udał się do suku, czyli na arabski targ. Hitem sezonu oprócz świecidełek okazał się T-shirt z podobizna El Kalafiora, gdyż akurat w tym roku przypada 36 rocznica objęcia swoja opieką rządów nad tym pięknym krajem (tfu…poplu­łem się ze śmiechu :)).

Po opuszczeniu suku udali się na spacerek po okolicznych sklepach. Narrator zmuszony do zakupu środka czyszcząco-piorącego znanego również pod nazwa szamponu, wkroczył do spraw­dzonego sklepu. Po krótkich poszukiwaniach wpadł w osłupienie. Jego oczom okazał się szampon opisany w jego ojczystym języku. Po spostrzeżeniu znaleziska oczęta mu się zaświeciły i czym prę­dzej porwał go i poszedł pokazać swoim towarzyszom (bardziej odpowiednim wyrażeniem byłoby raczej ‚w kilku susach dopadł swoich towarzyszy z trofeum w reku’ – kto co woli). A swoja droga ciekawym zjawiskiem jest przejechanie 1500 mil by kupić szampon 🙂

Po dokonaniu odpowiedniego zakupu nasi bohaterowie udali się na spacer po mieście. Prze­konali się, że tu również zawitała przysłowiowa wiosna. Wydanie arabskie wygląda następująco: kobiety chodzą w mini (do kolan), bez kefów i czadorów. Po krótkiej przechadzce narrator oraz jego współtowarzysze doszli jednogłośnie do wniosku, że następnym razem będą lepiej przygoto­wani na takie wypady tzn. kupią sobie specjalne smary do szyi 🙂 Bo wszystkich zaczęła dziwnie bolec szyja…z nieokreślonych bliżej powodów. No cóż takie skutki braku widoku kobiety :)) przez miesiąc.


Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s