Libia cz. 1

Translate to ENGLISH

Hmmm… no to mamy nowy roczek i z tejże okazji należałoby rozruszać zgrabiałe paluszki. Wresz­cie mam trochę czasu, by się dorwać do klawiatury. Od ostatniej części tejże „wspaniałej” opowie­ści minęło już troszkę czasu, tak wiec należałoby odświeżyć nieco przykurzone postacie głównych bohaterów Czarna Mamba zmienił tylko miejsce pobytu i uciekł na pustynie (czytaj: gdzie pieprz rośnie :)). Szczęśliwe małżeństwo George’a i Sharky’ego rozpadło się i każdy podążył w swoją stro­nę (czas najwyższy!). Reszta bohaterów delikatnie przybrała na wadze po spożyciu ukochanego kurczaka, ryżu i sałatki. Natomiast skromna osoba narratora po przykrótkim pobycie w siedzibie ro­dzinnej zmieniła miejsce na nadmorski kurort znajdujący się gdzieś pomiędzy Zuwarą a Sabrathą.

A teraz po tymże wstępie należy przejść do rozwinięcia akcji, kulminacji, a następnie zaskakujące­go zakończenia – czyli jak zwykle zakończy się to dłuższym niż spodziewany pobytem. Ale od po­czątku..

W tym kraju jak w raju, gdzie rzeki mlekiem płyną, a piasek wgryza się w zęby, spokojni mieszkań­cy w swoich spokojnych chatynkach 5 razy dziennie wala czołami o glebę, a ja tylko się zastawiam czy od tego przybytku ich głowa nie boli. Mieszkanka owe coś bardzo przypominają lepianki skle­cone na szybko będące cały czas w remoncie, czyli – cóż tu się długo nad tym rozwodzić – po prostu polska zielona rzeczywistość. Palm ci tutaj pod dostatkiem, wielbłądy latają samopas po ulicy…a krówki też tak jakby znajome.

Ostatnio w związku ze zwolnieniem z odbijania sobie reszty rozumu narrator oraz dwójka jego wło­skich pobratymców (a skąd się oni tu wzięli? I dlaczego narrator nie wspomniał o nich już wcze­śniej? – wykrzykną niektórzy) wybrali się do stolicy tego kawałka pustyni.

No cóż w tym momencie przyszło mi przerwać niniejsze opowiadanie oraz przeprosić szanownych słuchaczy za małą obsuwę w scenariuszu…niestety ktoś tu nieźle przyspał. Co do Włochaczy…to jest to dwójka miłych chomików (brzmi znajomo?) próbująca wraz z narratorem jakoś ciągnąć to do przodu. Jeden to Franek, a drugi Fredek (bliźniaki czy jak?).

Dzień później 🙂

Jak się okazało w związku z nawałą obowiązków służbowych (czytaj: obsługa znowu coś skopała i trzeba było po nich sprzątać :)) narrator podjął ważne wyzwanie by skończyć to opowiadanie w dniu dzisiejszym.

No tak gdzieśmy to skończyli…a grupa naszych bohaterów wybrała się do stolicy. Wrażenia: smród, brud i ubóstwo. Tak mniej więcej poziom Polski przed 40 lat (a o nas się mówi, ze to my jesteśmy 40 lat za Murzynami :)).

To byłoby na tyle bo już narratorowi w gardle zaschło i trza by było sobie je czymś przepłukać (o nie nie to nie to o czym większość pewnie w tym momencie pomyślała). W tym pięknym kraju abs­tynencja jest … dobrowolna – wskutek braku trunków 🙂

Opis przygód w kolejnej części …

Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s