O płatnych studiach…

Translate to ENGLISH

Ostatnio toczy się w internecie debata odnośnie płatnego studiowania, a dokładnie mówiąc płatnego drugiego kierunku studiów. Przebija w nim – szczególnie wśród studentów  – ton przerażenia i załamywania rąk oraz zwyczajowe w Polsce narzekanie. Wyjaśnijmy sobie coś na samym początku. TAK, jestem za tym, by drugi kierunek był płatny. Poniżej przedstawię powody takiego twierdzenia.

1. Konstytucja gwarantuje dostęp do nieodpłatnej edukacji. Oznacza to tylko tyle, że nauka odbywa się bez pobierania czesnego i wszystkie tłumaczenia, że studiowanie w Polsce nie jest darmowe jest nieadekwatne – dostęp do takiego studiowania jak widać istnieje. Według danych MEN (jeśli się mylę to proszę o poprawę) studentów studiów dziennych jest ok. 400 tyś., studentów wieczorowych zaocznych itp. ok. 1.4 mln. Z tej liczby ok. 10% studiuje dwa kierunki. Sprawa odnosi się więc do ok. 40 tyś. osób.

2. Istnieje fałszywe wrażenie, że studiowanie jest dla wszystkich. Powiedzmy sobie jasno – tak nie jest. Studia to przywilej, a nie obowiązek. Poza tym skąd wziąć piekarzy, kucharzy itp. itd.?

3. Ponieważ studiowanie jest darmowe – bo o takie toczy się dyskusja – to studiowanie na dwóch kierunkach jest de facto zabieraniem danego miejsca innej osobie. By tak nie było trzeba wprowadzić płatne studia.

4. Po co dwa kierunki. Jeśli już ktoś dokonuje wyboru to albo idzie za głosem tzw. serca, czyli pasji, powołania czy jakkolwiek to inaczej nazwać, lub też idzie za głosem pieniądza tj. chce dobrze zarobić i wybiera intratny kierunek studiów. Zdarza się, że jedno z drugim idzie w parze. Jeśli dokonuje się danego wyboru to trzeba ponieść tego konsekwencje i z tego powodu studiowanie na dodatkowym kierunku jest przywilejem, za który trzeba by zapłacić. Kogoś nie stać? Trudno, niech wybierze taki pierwszy kierunek, by potem mógł godnie żyć. Nie można mieć jabłka i zjeść jabłka.

5. Ktoś pewnie spyta a co z tymi, których w ogóle nie stać na studiowanie? Osoby uzdolnione powinny być wspomagane grantami, stypendiami itp. przez system szkolnictwa. Ale to już zupełnie inny temat.

To tyle mojego komentarza.

Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com

Reklamy

Libia cz. 2

Translate to ENGLISH

….Zapadł wieczór. Wybiła właśnie 23. Narrator powrócił do baraku z wypadu do stolicy pewnego zamorskiego, pustynnego kraju. Dzisiejszego poranka, tak gdzieś koło południa postanowił wraz ze swoimi kompanami urozmaicić sobie niedziele małą wycieczką. Gwoli przypomnienia, w krajach arabskich weekend zaczyna się w czwartek, a kończy w piątek. Czemuż to zapytacie pewnie. Nie wiem – odpowiem – nie pytajcie.

W ten oto sposób udaliśmy się środkiem transportu we wspomnianym kierunku. W tymże kraju nazywają go minibusem, choć oprócz kół i jakiś zdezelowanych siedzeń nie posiada więcej cech jakiegokolwiek minibusa. No cóż – co kraj to obyczaj. Jak się nie ma nic innego to trzeba wy­olbrzymiać znaczenie tego co się już posiada.

Po zajęciu miejsca narrator postanowił zapaść w drzemkę na czas podroży. Niestety kierow­ca miał inną opinie na ten temat i postanowił indoktrynować biednych pasażerów za pomocą arab­skiej poezji puszczanej na pełny regulator. Po czterokrotnym usłyszeniu słów ‚Al Arabija’ i ‚Allah’ narrator zaczął podejrzewać, że jest to poezja pisana przez El Kalafiora – przywódcy lokalnego stadka Beduinów. Po pewnym czasie pasażerowie myśleli, że podroż przebiegnie spokojnie. Ależ gdzie tam, na pobliskim skrzyżowaniu przekonali się na własne oczy jak przewożone są warzywa w tymże kraiku. Wyglądało to następująco. Zdezelowany pick-up miał na pace odkryte warzywa, a nadmienić należny, że temperatura w cieniu dochodziła do 35 stopni. Po otrząśnięciu się z tegoż traumatycznego widoku, narrator oraz jego współtowarzysze postanowili, że do wyjazdu nie tkną już żadnego warzywa. Przytoczyć tu należy fakt, że oprócz warzyw mało co jest zjadliwe. Dlatego też przed oczami naszych bohaterami ukazało się widmo śmierci głodowej.

Po przybyciu na miejsce narrator wraz z towarzyszami udał się do suku, czyli na arabski targ. Hitem sezonu oprócz świecidełek okazał się T-shirt z podobizna El Kalafiora, gdyż akurat w tym roku przypada 36 rocznica objęcia swoja opieką rządów nad tym pięknym krajem (tfu…poplu­łem się ze śmiechu :)).

Po opuszczeniu suku udali się na spacerek po okolicznych sklepach. Narrator zmuszony do zakupu środka czyszcząco-piorącego znanego również pod nazwa szamponu, wkroczył do spraw­dzonego sklepu. Po krótkich poszukiwaniach wpadł w osłupienie. Jego oczom okazał się szampon opisany w jego ojczystym języku. Po spostrzeżeniu znaleziska oczęta mu się zaświeciły i czym prę­dzej porwał go i poszedł pokazać swoim towarzyszom (bardziej odpowiednim wyrażeniem byłoby raczej ‚w kilku susach dopadł swoich towarzyszy z trofeum w reku’ – kto co woli). A swoja droga ciekawym zjawiskiem jest przejechanie 1500 mil by kupić szampon 🙂

Po dokonaniu odpowiedniego zakupu nasi bohaterowie udali się na spacer po mieście. Prze­konali się, że tu również zawitała przysłowiowa wiosna. Wydanie arabskie wygląda następująco: kobiety chodzą w mini (do kolan), bez kefów i czadorów. Po krótkiej przechadzce narrator oraz jego współtowarzysze doszli jednogłośnie do wniosku, że następnym razem będą lepiej przygoto­wani na takie wypady tzn. kupią sobie specjalne smary do szyi 🙂 Bo wszystkich zaczęła dziwnie bolec szyja…z nieokreślonych bliżej powodów. No cóż takie skutki braku widoku kobiety :)) przez miesiąc.


Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com

Libia cz. 1

Translate to ENGLISH

Hmmm… no to mamy nowy roczek i z tejże okazji należałoby rozruszać zgrabiałe paluszki. Wresz­cie mam trochę czasu, by się dorwać do klawiatury. Od ostatniej części tejże „wspaniałej” opowie­ści minęło już troszkę czasu, tak wiec należałoby odświeżyć nieco przykurzone postacie głównych bohaterów Czarna Mamba zmienił tylko miejsce pobytu i uciekł na pustynie (czytaj: gdzie pieprz rośnie :)). Szczęśliwe małżeństwo George’a i Sharky’ego rozpadło się i każdy podążył w swoją stro­nę (czas najwyższy!). Reszta bohaterów delikatnie przybrała na wadze po spożyciu ukochanego kurczaka, ryżu i sałatki. Natomiast skromna osoba narratora po przykrótkim pobycie w siedzibie ro­dzinnej zmieniła miejsce na nadmorski kurort znajdujący się gdzieś pomiędzy Zuwarą a Sabrathą.

A teraz po tymże wstępie należy przejść do rozwinięcia akcji, kulminacji, a następnie zaskakujące­go zakończenia – czyli jak zwykle zakończy się to dłuższym niż spodziewany pobytem. Ale od po­czątku..

W tym kraju jak w raju, gdzie rzeki mlekiem płyną, a piasek wgryza się w zęby, spokojni mieszkań­cy w swoich spokojnych chatynkach 5 razy dziennie wala czołami o glebę, a ja tylko się zastawiam czy od tego przybytku ich głowa nie boli. Mieszkanka owe coś bardzo przypominają lepianki skle­cone na szybko będące cały czas w remoncie, czyli – cóż tu się długo nad tym rozwodzić – po prostu polska zielona rzeczywistość. Palm ci tutaj pod dostatkiem, wielbłądy latają samopas po ulicy…a krówki też tak jakby znajome.

Ostatnio w związku ze zwolnieniem z odbijania sobie reszty rozumu narrator oraz dwójka jego wło­skich pobratymców (a skąd się oni tu wzięli? I dlaczego narrator nie wspomniał o nich już wcze­śniej? – wykrzykną niektórzy) wybrali się do stolicy tego kawałka pustyni.

No cóż w tym momencie przyszło mi przerwać niniejsze opowiadanie oraz przeprosić szanownych słuchaczy za małą obsuwę w scenariuszu…niestety ktoś tu nieźle przyspał. Co do Włochaczy…to jest to dwójka miłych chomików (brzmi znajomo?) próbująca wraz z narratorem jakoś ciągnąć to do przodu. Jeden to Franek, a drugi Fredek (bliźniaki czy jak?).

Dzień później 🙂

Jak się okazało w związku z nawałą obowiązków służbowych (czytaj: obsługa znowu coś skopała i trzeba było po nich sprzątać :)) narrator podjął ważne wyzwanie by skończyć to opowiadanie w dniu dzisiejszym.

No tak gdzieśmy to skończyli…a grupa naszych bohaterów wybrała się do stolicy. Wrażenia: smród, brud i ubóstwo. Tak mniej więcej poziom Polski przed 40 lat (a o nas się mówi, ze to my jesteśmy 40 lat za Murzynami :)).

To byłoby na tyle bo już narratorowi w gardle zaschło i trza by było sobie je czymś przepłukać (o nie nie to nie to o czym większość pewnie w tym momencie pomyślała). W tym pięknym kraju abs­tynencja jest … dobrowolna – wskutek braku trunków 🙂

Opis przygód w kolejnej części …

Możesz go pobrać jako PDF.

dodajdo.com